Co to jest miłość i po co ona komu. Ha. Dobre pytanie.
I ja sobie teraz bedę na nie odpowiadać lejąc wodę i gadając od rzeczy.

Jednak nie. W trakcie edukowania mnie na temat doszło do zmiany tematu blotki.

Panna Paradoks przełaziła wikipedię, blogi rozentuzjazmowanych czytelniczek brawo, notki zdepresonowanych porzuconych i zakochanych małolatów. I doszła do wniosku, że miłość istnieje. Prosze panstwa oto wzniosła wieść.
Ale definicji takowej to nikt już nie podaje. A raczej podaje, każdy kurde inną.
Generalnie dzięki temu zrozumiałam dlaczego tak bardzo wkurwiają mnie ludzie którzy mówią ‚on cię nie kochał’, ‚on nia ciebie nie zasługiwał’, ‚on…..’ sratatatata.
A kto powiedział że jak facet nie prawi mi komplementów to mnie nie kocha?
Kto mi udowodni, że nie zakochałam się na zabój w Kubie? Albo, że on nie zakujał sie we mnie?
Albo, że nic nie bedzie/będzie coś z…?
NIKT! BO POJĘCIE MIŁOŚCI JEST SUBIEKTYWNE, INDYWIDUALNE, WŁASNE I PRYWATNE.
Racjonaliści mogą w nia nie wierzyć, romantycy widzieć ja wszędzie a Johnny deep może mówić że „jeżeli w oczach kobiety nie widzisz swoich dzieci to nie jest to miłość i wypierdalaj!”
A każdego kto mysli inaczej i bedzie mi po raz kolejny narzucał swoje zdanie na powyższy temat kopnę. Z glana w twarz. Kilka razy. Żeby dotarło, że Pannie Paradoks podskakiwać nie należy.