Paradoksalnie, początek tego bloga bierze się z końca.
A tak… A właściwie od piątku wieczór. Są dni kiedy człowiek czuje się beznadziejny, zapomniany, niepotrzebny. Pełna frustracja i zakompleksienie. I wtedy przychodzi sposób na zakonczenie swojego marnego żywota- samobójstwo. Niestety najwyraźnieuj jestem tak pechowym dzieckiem, że nawet to mi w życiu nie wyszło. Co tu dużo gadać? Wszystko na nic:
Tabletki- owszem praktyczne, nic nie boli i człowiek spokojnie zasypia na wieki wieków. Ale pojawił sie problem- w moim domu na stanie były tylko neoangin, rutinoscorbin i dwie aspiryny. mogłabym tym zabić przeziębienie i ewentualnie sie przeczyścić, ale z wiecznego snu raczej nici. Sfrustrowana udałam sie więc do łazienki…

  • Żyletka- dla masochistów dobre, ale docięcie się do zył za bardzo bolało… więc heja wlewamy wodę do wanny.
  • Utopienie się- nie w moim wypadku. Nie da się. Umiem za długo wstrzymac oddech, a poza tym moje ciało tonąc nie chce nawet w głębokiej wodzie, a co dopiero w ciasnej domowej wannie. W sumie potem wpadłam na pomysł, że można było…
  • Wrzucić do wody suszarkę- niestety kilka dni wcześniej leciała ‚Zielona mila’. Świetny film swoją drogą. Tylko widok smażącego się francuza skutecznie odstrasza od zabaw z prądem… A więc co?
  • Powiesić się? W domu się nie da. za ciężka jestem na żyrandol, a w ogródku ani pól drzewka nie licząc marnego modrzewia i jednej wiśni nizszej ode mnie. Świetnie…
  • Strzelić sobie w łeb też nie ma czym.
  • Rzucić się pod samochód?- nic nie jechało przez godzinę. Poza jedną mamcia z kółka różańcowego. Niestety jej składak nie wystarczyłby do zrobienia mi krzywdy.
  • A może skok z okna? Jasne- tylko czemu mój dom ma tylko jedno piętro, a najwyższy budynek w okolicy dwa?

Co tu dużo gadać- los kpiący z zamierzenia. Światełka nie widać. tunelu także brak.

Własciwie to przesadziłam- nie było aż tak drastycznie. Mocno przesadziłam. I właściwie wszystkie powyższe podpunkty to fikcja i piękny scenariusz, ale za to jak wprowadza w nastrój? Ochota do samobójstwa i cała depresja przeszła mi kiedy sobie uświadomiłam jedną prostą prawdę. Niestety, ale do cholery mam dla kogo jeszcze żyć. A owszem mam. I właśnie ludzie dla których warto żyć, moje rozważania na temat życia oraz wszelakie idiotyczne sytuacje będą dalszą treścią tego bloga. A najważniejsi ludzie dla których warto żyć to:
-rodzice, szczególnie mama.
-Lareth- moja, moja. Ktoś musi dbać, żeby nie zabił jej jej własny instynkt samozachowawczy.
-Bercik- kto by go dręczył jeśli mnie by nie było?
-Pannoparadoksowa Babcia- mama mamy. W sumie to żyję głównie dla jej wypieków i klusek na parze, ale podejście do życia też ma super o ile nie chce mnie nawracać na kółko różańcowe.
-Pannoparadoksowa kuzynka K.- też moje, moje. Z tym, że to ona mnie ubija za mój instynk samozachowawczy.
-dla świata też warto zyć- ktoś musi byc pojebany (w domyśle ja) żeby denerwować resztę ludzkości, zali nie?
-a także R2, 3PO i Jedi- chociaż to nie ludzie, ale kto by ich karmił jakby mnie nie było?